środa, 4 października 2017

Zabójczyni powraca jako... Obrończyni? – Korona w mroku (Sarah J. Maas)

Tytuł: Korona w mroku

Cykl: Szklany tron (tom 2)

Autor: Sarah J. Maas

Liczba stron: 495

Wydawnictwo: Uroboros

Rok wydania: 2014

Kategoria: fantastyka

Ocena: ★★★★☆☆☆☆☆☆ (ujdzie)

  Poprzedni tom tej serii był przyjemny, ale nie wypadł w moich oczach zbyt dobrze. Spodziewałam się jednak czegoś przełomowego, co pozwoli mi w końcu wpaść w amok, czy kaca książkowego (zależy jak kto woli to zjawisko nazywać). Mimo wszystko, wyszło jak wyszło, ale postanowiłam, że nie zrażę się przeciętnym początkiem tej historii i sięgnę po drugi tom. Co z tego wyszło?


  Po roku ciężkiej pracy w kopalni soli osiemnastoletnia Celaena Sardothien zdobywa pozycję królewskiej zabójczyni. Nie jest jednak lojalna względem tronu, choć ukrywa ten sekret nawet przed najbliższymi przyjaciółmi.
Nie jest jej łatwo utrzymać tę tajemnicę, zwłaszcza gdy król zleca jej zadanie, które może zniweczyć jej plany. Na domiar złego na horyzoncie majaczą groźne siły, które mogą zniszczyć cały świat i zmuszają Celaenę do dokonania wyboru. Względem kogo okaże się lojalna i dla kogo zechce walczyć? 

(lubimyczytac.pl)

  Nie ufajcie opisowi tej książki. Jeśli miałabym jakkolwiek skleić własny, pewnie w jego miejscu nie byłoby nic. Albo nie, pojawiłaby się tam dziura. Jedna, wielka dziura. Bowiem w powieści tej nie dzieje się nic. Dobra, przesadzam trochę, pod koniec dostajemy masę absurdów, które można by nazwać historią. No i zakończenie. Jest całkiem okej, chociaż też wepchane od czapy.
Jednak wracając do rzeczy. W tej książce nie dzieje się nic. Mamy jedynie bijatyki, bale, jeszcze raz bijatyki, obiadki, dużo czekoladowego ciasta i wyznań miłosnych. A potem posypały się te niedorzeczności, jakby autorka pomyślała: ,,Ej, kurczę, może by tak w końcu wrzucić fabułę, bo w sumie dawno nie było żadnego magicznego aspektu!". 
Mało brakowało, a wyłabym ze śmiechu, bo istnienie tej powieści to czysty absurd. Serio. Te parę stron, na których się coś dzieje, można by wrzucić do Szklanego Tronu i potem od razu dać Dziedzictwo ognia, pomijając wielkie rozterki bohaterów.

  Nie mogę jednak powiedzieć, że postacie wypadły aż tak źle. Moim ulubieńcem jest bezapelacyjnie Mort i to on jest najlepszym, co się tej książce przydarzyło. Ten gość rozwalał mnie na łopatki i oddałam mu swoje serduszko, bezapelacyjnie. Chociaż w sumie nie wiem, czy ,,gość" to dobre określenie. 
Zaraz potem Celaena. W tej książce okazała się być całkiem przyzwoitą dziewczyną, ale po drodze chyba wypadł jej gdzieś mózg. Potrafiła zrobić tak bezmyślną rzecz... Jakby całkowicie nie myślała. 
Ale nie mogę przyczepić się, że źle ją wykreowano, bo w tym tomie zdecydowanie przestała być tą zimną babką i zaczęło jej zależeć na przyjaciołach. 
Dorian niby gdzieś się przewijał, ale tak naprawdę był jakby wytrącony z głównej osi wydarzeń, a kiedy tak nie było, siedział sobie i rozmyślał nad uczuciami do Zabójczyni. Chaola doświadczyliśmy więcej i zdecydowanie bardziej go lubię, ale nie mogę nie powiedzieć, że zrobiła się z niego taka ciepła kluska.
Nehemia. Jejku, jak mnie ta dziewczyna irytowała. W życiu czytałam o osobie, która byłaby bardziej zadufana w sobie. Już drugi tom biadoli nad biednymi buntownikami, ale zupełnie nic nie robi, a to Celaenę obwinia, że ta się nie ruszy i im nie pomoże. Błagam, kobieto. A dalsze wydarzenia... jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że księżniczka zachowuje się jak rozkapryszona cizia. Dobrze, że ostatecznie jej wątek został poprowadzony tak, a nie inaczej, bo chyba rzuciłabym tą książką o ścianę. 

  O fabule powiedzieć za dużo nie mogę. Zastanówmy się czemu, hm. A no tak, czekajcie. BO JEJ NIE BYŁO. Tak jak mówiłam, akcja tej książki to zlepek powyrywanych z kontekstu wydarzeń, a jej najciekawszym punktem kulminacyjnym było chyba to, jak Chaol wzdychał nad zupą z dzika, bo to jego ulubiona. 
A tak poważniej – wszystko zalała jedna, wielka nuda. Ale. Mimo że można zasnąć podczas czytania, ta powieść dalej ogromnie przypominała mi Przygody Merlina, a ojciec Doriana to Uther Pendragon w stu procentach, serio. Przekonywałam się o tym zwłaszcza, gdy czytałam o wątku z unicestwianiem magii. Za każdym razem, kiedy król pojawiał się w książce, przed oczami stawał mi Anthony Head. Ale ja ubóstwiam i ogromnie szanuję tego aktora, więc to bardzo, bardzo dobrze. 
Zakończenie było mocno od czapy i takie strasznie... oklepane, ale całkiem mi się podobało i jestem ciekawa, jak akcja rozwinie się w kolejnych tomach.

  Na razie jestem po lekturze dwóch z pięciu powieści z tej serii, a już widzę, że wszystko ratuje jedynie ta magiczna otoczka i choćby cała akcja polegała na balach, mordowaniu i obiadkach, ta książka i tak byłaby przyjemna. Właśnie ze względu na ten motyw magii. To naprawdę coś, co bardzo lubię w powieściach. 
I nie jest to magia rodem z książek od J.K. Rowling, a magia, która naprawdę może porwać odbiorcę. 

  Miało być ciekawie, wyszło oklepanie. Za Dziedzictwo Ognia zabieram się w najbliższym czasie i jestem ogromnie ciekawa, jak wyjdzie na tle pozostałych tomów. 
Serię tę polecam osobom, które mają dużo cierpliwości i po prostu chcą się odprężyć, ponieważ nie jest ona niczym ponadczasowym. 

Muzycznie

3 komentarze:

  1. Cała seria przede mną :) już czeka na półce. Mam nadzieję, że "korona w mroku" bardziej przypadnie mi do gustu :)
    Ksiazkowa-przystan.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie jestem w połowie tej książki i przyznaję ci rację. Nudno tu. Niby coś się dzieje, a nic się nie dzieje. Cały świat porwała ta seria i ja wciąż czekam aż porwie mnie. Bo jak porównam dwory i szklany tron to czuję jakbym czytała książki dwóch różnych autorek. Bo tam było ciekawie, tu jednak nie. Mam nadzieję, ze w kolejnych tomach to wszystko w końcu się rozkręci.
    potegaksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Chociaż wiele osób uważa, że każdy kolejny tom tej serii jest lepszy od poprzedniego, mnie najbardziej podobał się pierwszy oraz ostatni, czyli Imperium Burz. Jeśli chodzi o te środkowe części, to Korona w mroku wypadła najsłabiej, a potem było już nieco lepiej, ale jednak... Ogółem mówiąc, bardzo lubię serię Szklanego tronu, ale ma ona swoje mocne i słabe momenty - Korona w mroku jest tą chwilą kryzysową ;)

    Pozdrowienia i buziaki!
    BOOKS OF SOULS

    OdpowiedzUsuń