sobota, 4 listopada 2017

Thor: Ragnarok (recenzja filmu)

Tytuł: Thor: Ragnarok

Reżyseria: Taika Waititi


Produkcja: USA, 2o17


Czas trwania: 2 godz 10 min

Gatunek: Akcja, Fantasy


Scenariusz: Eric Pearson


Obsada: Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Cate Blanchet, Tom Hiddleston i inni

Ocena: ★★★★★★☆ (świetny
)

  Jestem na świeżo po seansie najnowszego filmu od Marvel Cinematic Universe i bez ogródek mogę Wam powiedzieć, że jeśli nadal zastanawiacie się, czy Waititi dał radę stworzyć najlepszą dotychczas odsłonę Thora, możecie odrzucić wszelkie wątpliwości i natychmiast rezerwować bilet na najbliższy seans. Bo, uwierzcie mi, warto.


  Thor (Chris Hemsworth) zostaje uwięziony po drugiej stronie wszechświata. Osłabiony i pozbawiony młota musi wrócić do Asgardu i pokonać boginię śmierci – Helę oraz powstrzymać Ragnarok

  Fanką filmów o superbohatera jestem odkąd pamiętam, jednak gdy zobaczyłam zwiastun Ragnaroku, nieco się wystraszyłam. Wydawało mi się, że doświadczę tego samego zawodu, który towarzyszył mi, podczas oglądania drugiej części Strażników Galaktyki. Nie mogłam pomylić się bardziej  gdyby kazano mi porównać nowego Thora do jakiegokolwiek, innego filmu z MCU, wybrałabym pierwszą odsłonę Strażników. Nawiązania do lat osiemdziesiątych, humor oraz ilość konkretnej muzyki mówią same za siebie. 

  Osoby, które siedzą w Marvelu od dłuższego czasu, wiedzą, że ilość żartów stała się już niemal wyznacznikiem jakości produkcji, które wychodzą z tego studia. Dobry, wyszukany humor jest jego nieodłącznym towarzyszem, ale to właśnie Waititi postanawia spojrzeć na niego z innej perspektywy. Jeszcze nie pamiętam, bym tak bardzo śmiała się na którymkolwiek z filmów z tego uniwersum. Powiem więcej  nie był to śmiech zażenowania, jaki wydobywał się z mych ust, gdy byłam w kinie na Strażnikach Galaktyki vol. 2. To były te trafione w punkt żarty, które zapamiętałam z premiery pierwszej części Guardiansów

  Pokłady dobrego humoru wnosi tutaj między innymi Jeff Goldblum, wcielający się w genialną postać Grandmastera, jednak moim faworytem na zawsze pozostanie chyba Korg (grany zresztą przez samego reżysera filmu), bo to właśnie on sypał najlepszymi żartami, a gdy się pojawiał, człowiek nie mógł się nie uśmiechnąć.
Cate Blanchett jako Hela... pozamiatała. Zastanawiałam się, czy dobrze odegra główną antagonistkę, jednak po seansie nie mam tutaj żadnych zarzutów. Aktorka wczuła się w swoją postać, sprawiła, iż nasiąknęła ona magnetyzmem. 
Świetna w swojej roli okazała się Tessa Thompson i jestem pewna, że ujrzymy ją na ekranie jeszcze nie raz i nie dwa. 
Nie można zapominać również o bohaterach, których poznaliśmy już wcześniej. Nie ma wątpliwości, że Hemsworth  i Ruffalo to osobno genialni aktorzy, ale razem wypadają jeszcze lepiej. Ruffalo z jednej strony jest tym dobrym, starym Hulkiem, który rozwala wszystko, co spotka na swojej drodze, a z drugiej Bannerem, który nie ma pojęcia, jak długo był nieobecny na Ziemi i co się na niej w tym czasie wydarzyło. Hemsworth natomiast po raz pierwszy od czasów Thora z roku 2011, pokazuje słabości bohatera, w którego się wciela, zdejmuje go z piedestału władcy z Asgardu, który jednak ciągle ma w sobie świadomość, że nie może zawieść poddanych i musi powstrzymać zbliżający się Ragnarok. 
Nie ma co ukrywać  aktorzy to klasa sama w sobie. Na ekranie widzimy również Toma Hiddlestona, Benedicta Cumberbatcha, Idrisa Elbę, Athony'ego Hopkinsa oraz (jakżeby inaczej) świetnego Stana Lee. Zawsze mam ogromną uciechę, gdy szukam tego ostatniego na ekranie. Nie zdradzę Wam, kim został tym razem, ale tak dramatycznej sceny nie da się przegapić, więc nie będziecie mieć problemu z odnalezieniem go!

  Kostiumy i kadry są tak piękne, że zapierają dech w piersi. Moją uwagę szczególnie przykuła scena z Walkiriami, która... mogłaby trwać w nieskończoność, dosłownie. Została zrobiona tak pięknie, że nawet dla tej jednej, jedynej sceny warto wybrać się do kina, bo tam efekt jest jeszcze lepszy. 

  Wydawało mi się, że coś przeoczyłam, ale gdy obejrzałam jedną, a potem drugą recenzję tego filmu, zostałam w pełni uświadomiona w fakcie, że zwiastun sprytnie zatuszował niektóre sceny, zwłaszcza jedną, końcową. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy siedziałam w kinie i zastanawiałam się, czy to ja coś przeoczyłam, czy jednak nie i tak było już w zapowiedzi.

  Thor: Ragnarok to dobry sposób na wydanie oszczędności. Przyznam, że na seans wydałam trochę pieniędzy, bo nie zdecydowałam się na seans tradycjonalny, ale cieszę się, że nie czekałam, aż film ten będzie już w sieci i nie obejrzałam go dopiero wtedy. Więc. Jeśli macie za dużo pieniędzy i głowicie się, jak je wydać, weźcie kogoś, z kim lubicie się śmiać i pójdźcie na ten właśnie film. Dostarcza wrażeń w dobrym, sprawdzonym stylu, a jego zakończenie otwiera furtkę do Infinity War, które, miejmy nadzieję, dostarczy nam równie wielkiej dawki wrażeń. 


Zwiastun 

3 komentarze:

  1. Uwielbiam filmy o superbohaterach, bardzo też lubię Marvela, tak więc chyba zdecyduję się na zobaczenie tego filmu w kinie. Tym bardziej, że piszesz, że jest naprawdę świetny i dostarcza sporej dawki humoru, a to bardzo uwielbiam w filmach. A akurat miałam ochotę iść na coś do kina, więc już wiem na co!

    Pozdrawiam,
    BOOK MOORNING

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam na filmie w tym tygodniu i nadal nie mogę przestać o nim myśleć. Jestem wielką fanką Marvela i zachłannie oglądam wszystkie jego produkcje. Najpierw byłam zakochana w Avengersach, których po dość długim czasie przebił Doktor Strange. Dlatego jestem w szoku, że najnowszy Thor przebił kilkakrotnie te dwa filmy! Niesamowity humor, który w swojej prostocie był jak wisienka na torcie i gra aktorska na najwyższym poziomie. Byłam na wersji 2D, a i tak kolory i żywość obrazu się obroniły. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak niecierpliwie czekać na Infinity war <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze nie byłam i nawet nie wiem, czy dam rady się wybrać, ale twoja recenzja na pewno do tego zachęca :)

    https://oddychajaca-ksiazkami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń