niedziela, 17 grudnia 2017

Sztuka miłości? – Confess (Colleen Hoover)

Tytuł: Confess

Cykl:

Autor: Colleen Hoover

Liczba stron: 304

Wydawnictwo: Otwarte

Rok wydania: 2017

Kategoria: romans

Ocena: ☆☆☆☆☆☆☆ (słaba)

  No i przyszedł czas na kolejne spotkanie z Colleen Hoover. Przyznam Wam się, że ogromnie lubię sięgać po jej książki (mimo że przeważnie mi się nie podobają), ponieważ zawsze znajduję w nich coś, co mnie zaskakuje i sprawia, że nie mogę raz na zawsze odpuścić sobie powieści, które napisała. Tym razem padło na Confess.


  Niewypowiedziane pragnienia, bolesna przeszłość i głęboko skrywane grzechy są dla Owena największą inspiracją. Utalentowany malarz kolekcjonuje anonimowe wyznania i przenosi je na płótno. Auburn od kilku lat walczy o odzyskanie normalnego życia i desperacko potrzebuje pieniędzy. Zakochanie się w przystojnym malarzu nie jest częścią jej planu, ale przekorne przeznaczenie stawia na swoim. Dziewczyna odkrywa jednak, że przeszłość ukochanego może odebrać jej to, co dla niej najważniejsze...

   Od prologu pozycja ta zapowiadała się niezwykle obiecująco, ponieważ na samym starcie zostałam niezwykle zaskoczona. Nie spodziewałam się, że można zacząć historię w taki sposób. Że można poprowadzić ją od czegoś, co się skończyło, do czegoś nowego. I tutaj zapisałam Hoover maleńki plusik, mając nadzieję, że będzie powiększał się z każdą kolejną stroną.

  Pierwszy rozdział? Plusik rośnie. Nie jestem ogromną fanką sztuki, ale zdecydowanie trafiło do mnie to, czym zajmuje się Owen oraz fakt nazywania obrazów, które namalował, anonimowymi wyznaniami (swoją drogą – prawdziwymi). W jakiś sposób przemówiły do mnie dzieła oraz wyznania, załączone przez autorkę w tej powieści oraz sam pomysł na ich wplecenie w fabułę. W pewnych momentach miałam wręcz wrażenie, że się wzruszę, bo te obrazy okazały się naprawdę, naprawdę głębokie (zwłaszcza gdy dodatkowo patrzyło się na nie oczami głównej bohaterki).

  Niezwykle podoba mi się również okładka (ta zagraniczna, nie polska) i cieszę się, że wydawnictwo postanowiło wydać książkę w obu wersjach wizualnych. 

  I to by było na tyle. Teraz zacznę wyliczać zgrzyty, które zdecydowanie zepsuły mi lekturę, więc jeśli chcecie, poprzestańcie na czytaniu tych trzech akapitów o pozytywach i udawajcie, że ta recenzja ociekała superlatywami. 

  Postacie zupełnie mi tutaj nie grały. Ani trochę. I mogłoby się wydawać, że winną jest tu ilość stron (wydaje mi się, że inne powieści Hoover są zdecydowanie grubsze), że to właśnie przez nią nie możemy zżyć się z bohaterami. Ale nie. Auburn jest do granic wyblakła. Nie jest jedną z tych irytujących bohaterek, ale w pewnych momentach nie mogłam zrozumieć jej postępowania, w ogóle nie czułam tego, czym emanowała w kierunku Owena, ba, ja niczego z jej strony nie czułam. Dziewczyna była tylko i wyłącznie kartką papieru. Co do Owena... Tutaj mamy niemal to samo. Mówię niemal, bo na początku wydawało mi się, że, kurczę, polubię tego gościa, ale okazało się, że jednak nie. Więc nasz OMG jest równie bardzo płaski co jego partnerka. 
Chciałabym powiedzieć, że reszta bohaterów to świetni ludzie, ale jedyna osoba, która ma tutaj choć trochę charyzmy to Adam. Pojawia się na mniej niż dziesięciu stronach, naprawdę.

  Historia jest przewidywalna do granic. Jedno zdanie sprawiło, że po prostu znałam zakończenie i tak naprawdę ta cała ,,intryga" oraz inne elementy fabuły dążyły donikąd. Okropnie się przy tej powieści wynudziłam (wręcz ziewałam nad nią ze znużenia). Momenty, w których miałam zostać zaskoczona, nawet mnie nie zdziwiły. Wydawały mi się mdłe i kompletnie wrzucone na siłę. To mi się zupełnie, ale to zupełnie nie podobało. 

  I, ekhem, tak ogólnie, to Owen nie miał żadnej mrocznej przeszłości, więc opis kłamie i ogólnie cała historia kłamie. Ta powieść jest bez sensu, nie ma drugiego dna, którego oczekiwałam. To po prostu romans, w którym wszystko jest powpychane ,,na odwal", bo tak. Jeśli miałabym oceniać, to przeszłość Auburn była bardziej mroczna (o ile można tak to nazwać, bo takie stwierdzenie wydaje mi się tak niedorzeczne, że po prostu klękajcie narody). 

  Ta książka mnie ogromnie zdenerwowała. Wydawało mi się, że Hoover nie jest jedną z autorek, które myślą ,,Ta historia to nudna, wrzućmy dramacik-nieporozumienie i od razu będzie fajniej!". A najgorsze jest to, że ludzie się na to łapią. Ja nie zaprzeczę, okej, motyw sztuki zdecydowanie do tej pozycji przyciąga. Ale ta książka nie ma poza tym najmniejszego sensu, jest kompletnie od czapy.

  Zawiodłam się i uznaję bez bicia, że Confess to najgorsza książka, jaką tej autorce udało się napisać. 


Muzycznie 

6 komentarzy:

  1. W końcu znalazłam pokrewną duszę. Też nie lubię Hoover, ale paradoksalnie lubię ją czytać XD
    I podzielam twoje zdanie na temat Confess xd

    Pozdrawiam
    To Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że książka nie okazała się lepsza. Jeszcze nie znam tej autorki, ale planuję zapoznać się z jej twórczością. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tej autorki przeczytałam tylko "Maybe Someday", ale muszę przyznać, że bardzo mi się podobała! "Confess" czeka na swoją kolej :)

    Pozdrawiam, maobmaze ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. A która powieść Hoover jest nieprzewidywalna? U tej pani to norma. Mi to za specjalnie nie przeszkadza. A "Confess" nie jest moją ulubioną książką autorki, ale doceniam ją za... prostotę ;)
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. To może ja zacznę od innej książki tej Autorki, bo jeszcze nic nie przeczytałam z jej prozy...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatnio stopniowo staram się przeczytać większość książek tej autorki i na razie nie zdarzyła mi się totalnie zła książka.
    xoxo
    L. (https://slowotok-laury.blogspot.com/)

    OdpowiedzUsuń