niedziela, 4 marca 2018

Sprzedaję egzemplarze recenzenckie.

Na wstępie podkreślę, że każde słowo, na które tu traficie, pojawiło się tu, bo jest MOJĄ opinią. Nikomu jej nie narzucam, po prostu dzielę się przemyśleniami, które naszły mnie pod wpływem wydarzeń ostatnich paru miesięcy. Konstruktywna krytyka będzie mile widziana, hejt mniej, ale cóż, jego też nie uniknę.

Zacznijmy od tego, co tak naprawdę rozumiem poprzez wyrażenie ,,egzemplarz recenzencki". Jak niemal wszyscy z Was się domyślają, chodzi o książki, które przesyła mi wydawnictwo w zamian za podzielenie się opinią o nich. Nierzadko, wydawnictwa doprowadzają do niemożności sprzedania takiej powieści: bardzo często zdarza się, że w środku znajdujemy pieczątki oraz informację o wyłącznym przeznaczeniu tej pozycji do recenzji. Już spieszę z wytłumaczeniem, dlaczego według mnie jest to nie fair i dlaczego popieram wysyłanie blogerom/vlogerom ,,pustych egzemplarzy".


Wydaje mi się, że blogerzy są dość niedoceniani. Przeważnie spotykam się z takimi, którzy dostają do recenzji stosy książek, z których, niezwykle często, duża część została im wysłana na siłę lub na odczepnego, bez wyrażenia z ich strony jakiejkolwiek chęci. Czasem myślę, że wydawnictwom wydaje się, że działamy jak maszyny: bang, jedna książka leci za drugą (przecież nie śpimy i nie jemy, a dziewczynki podobno również nie srają, więc w sumie na co poświęcamy trzy czwarte życia?).

Nie, nie jesteśmy robotami. Recenzji nie piszemy z automatu, a w jakimś, w jakimkolwiek, stopniu musimy zebrać słowa, by powstała. Właśnie dlatego sprzedawanie NASZYCH WŁASNYCH książek komukolwiek nie jest: a) grzechem; b) przestępstwem; c) świętokradztwem.
Spieszę z wytłumaczeniem: gdy powieść dociera do blogera, staje się JEGO WŁASNOŚCIĄ. Teoretycznie nie ma prawa, które egzekwowałoby stosunki między wydawnictwem a blogerem. To w sumie nie jest zbyt głupie, bo nie wydaje mi się, by ktokolwiek był tak wielkim debilem, że wzywałby policję po ,,kradzieży egzemplarza recenzenckiego".
Moim zdaniem, każdy człowiek ma własne sumienie i, owszem, mimo że zdarzają się wśród nas oszuści, a bardzo dużo blogów jest zakładanych tylko i wyłącznie po to, by dostawać ,,darmowe książki", większość z nas jest uczciwa. Swoją drogą, wiele z nich umiera śmiercią naturalną, bo przyjęcie do świadomości faktu, że nic nie zrobi się samo i jedynie ciężka praca jest w stanie doprowadzić do sukcesu, jest dla olbrzymiego grona osób ciężkim orzechem do zgryzienia.
Powieści, które przesyłają nam wydawnictwa, ,,kupujemy" swoją ciężką pracą. REKLAMUJEMY JE. W końcu siedzimy nad PRZECZYTANIEM ICH, a potem NAPISANIEM RECENZJI, WSTAWIENIEM JEJ NA SOCIAL MEDIA i PORTALE CZYTELNICZE. POKAZUJEMY TĘ KSIĄŻKĘ, GDZIE TYLKO MOŻEMY. W rezultacie, oni są w stanie sprzedać ich znacznie więcej. Robimy za REKLAMODAWCÓW, więc jeśli ktokolwiek jeszcze raz powie mi, że działamy jak pasożyty, bo żerujemy na czyimś dobrym geście, to mnie chyba śmiech rozniesie.


Liczę się z tym, że nie płacę za te książki PIENIĘDZMI, ale płacę za nie CZASEM. Mam prawo na nich zarobić, jeśli chcę, bo należą do mnie. Jeśli chcę, mogę je mieć u siebie na półce, jeśli chcę, mogę je oddać do biblioteki, jeśli chcę mogę je sprzedać i, dobrze myślicie, jeśli chcę, mogę oddać je fundacji, wspierającej małe, bezdomne kotki, bo bardzo, ale to bardzo lubię małe, bezdomne kotki.

Takie prezenciki jak stempelki od wydawnictw, naprawdę działają mi na nerwy. To ani dobrze nie wygląda, ani nic nie wnosi, ani świata nie zbawia. Jeśli ktoś z całej siły chciał podkreślić, że ta konkretna książka to egzemplarz recenzencki, równie dobrze mógł postawić stempel ze znaczkiem ,,bezpłatny" na każdej stronie. I wiecie co? Wydaje mi się, że wydawnictwa niedługo zaczną tak robić, bo pierwszą stronę można przecież wyrwać i powiedzieć, że nigdy jej tam nie było. Niektórzy ludzie naprawdę uwierzą. (Don't judge me.)


Nie jestem z osób, które rzucają się do wydawnictw za to, że powinny wysyłać egzemplarze finalne po uprzednim wysłaniu recenzenckich. Pewnie powinnam, bo po przeczytaniu w większości przypadków wyglądają jakby ktoś wytarł sobie nimi, za przeproszeniem, dupę, a takich książek nikt na półce nie chce. To jednak temat na kolejny, nieco dłuższy wywód. 
Ja po prostu oczekuję odrobiny uczciwości.
Robię to, co lubię, dzielę się swoimi odczuciami o powieściach, które czytam, ale, uwaga, jeśli robię to dla kogoś, to nie za darmo. Choćby z ludzkiej przyzwoitości powinnam dostać czystą książkę z drukarni, a nie ze stosem nalepek i pieczątek ostrzegawczych, że to egzemplarz do recenzji. 


W pełni rozumiem taki zabieg, jeśli rozmawiamy o egzemplarzach książek przedpremierowych, czyli takich, które zostają nam wysyłane parę miesięcy przed oficjalną premierą i mogą mieć jeszcze ewentualne błędy w korekcie. Rozumiem to, naprawdę.
Ale sytuację uważam za godną pożałowania, kiedy premiera była x miesięcy temu, a wydawnictwo ładnie opatrzy Ci książkę stempelkiem i ją do Ciebie wyśle, bo chce upewnić się, że nikomu jej nie opchniesz. Przecież Jadwigi i Grażyny od szóstej rano czekają, aż wystawisz stoisko i obok używanych majtek położysz powieści recenzenckie, brzmi wybornie.

Dla zainteresowanych: mam szkołę (dla psychofanów: maturę w tym roku), rodzinę, z którą spędzam czas i niezwykle ważne, zajmujące znaczną większość mego czasu, memy z Januszem. Jeśli chcę przeczytać jakąś powieść, piszę do wydawnictwa. Umawiamy się na zasadzie: KSIĄŻKA ZA RECENZJĘ. Nic poza tym nie obowiązuje, ale to wciąż jest jakiś układ, więc tak, do jasnej ciasnej, mam prawo zarobić na tej powieści. Bo, uwaga: KAŻDY ZBIERA NA COŚ PIENIĄDZE, a jeśli przeczytałam tę książkę raz i już mnie nie interesuje, a może zaciekawić kogoś innego, korzystam z tej szansy. 
Nie cieszę się zbytnio, kiedy to oszczędzam grosz do grosza, by spełnić marzenie swojego życia, haruję na to jak wół, a potem okazuje się, że ktoś zrobił mnie w konia. Ale wiecie co, moi państwo? Łaski bez. Nie będę płakać. 

A ten stempelek to sobie postawcie na ryju.

Kurtyna. 

12 komentarzy:

  1. Jeżeli chcesz sprzedawać egzemplarze recenzenckie to twoja sprawa - każdego blogera indywidualna. Wywiązałaś się z umowy, więc wszystko jest w porządku ;) ja osobiście nie sprzedaję, ale nie wykluczam, że nie będę tego robić w przyszłości.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy sprzedaży jak uwzględnisz w ogłoszeniu, że to egzemplarz recenzencki, to również nie możesz jej sprzedać?
    Wielu ludzi, przecież by nie zwróciło na to uwagi. No, chyba, że wydawnictwo nakazuje nie sprzedaży takiej książki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że wielu ludzi nie ma właśnie nic przeciwko temu, że książka jest egzemplarzem recenzenckim. Zależy im na historii. No, ale jak dostajemy ostemplowaną książeczkę to nikomu przyjemnie się tego nie czyta, zwłaszcza jak mamy stempelek na stempelku, a i z takimi przypadkami się spotkałam.

      Usuń
    2. Ciekawe. Ja się spotkałam tylko z napisem na okładce przedniej "egzemplarz próbny" czy też tylnej "egzemplarz recenzencki nie przeznaczony do mediów"(?) (nie pamiętam dokładnie, jestem za leniwa, żeby sprawdzić), a przy tym podczas lektury można zauważyć z 3 literówki (jestem na to wyczulona, więc na pewno nie było więcej), a okładka wygląda tak samo jak finalna.
      Przypuszczam, że nie tylko chodzi o walory estetyczne, a samo czytanie. Gdy na całą stronę wrzucą Ci napis szary, duży napis "egzemplarz recenzencki", trudno, przypuszczam, jest się skupić na czytaniu.

      Usuń
  3. Masz dużo racji w tym, co napisałaś. Relacja między blogerem i wydawnictwem polega na zasadzie, dobro za dobro, książka za recenzję. Skoro w takim razie dostajemy książkę na własność i potem nie mamy ochoty czytać jej ponownie, czy choćby nie mamy dostatecznie dużo miejsca na półkach, to czy takim wielkim grzechem jest sprzedanie jej po taniości? Spotykam się z tym, że coraz więcej wydawnictw przysyła mi książki ze stempelkami, ale oprócz osobistych przemyśleń raczej nic z tym nie da się zrobić :/

    OdpowiedzUsuń
  4. Mi się nie zdarzyło dostać egzemplarza z pieczątkami na stronach, na szczęście. Za to jeżeli chodzi o niespodzianki od wydawnictw, to niekiedy je czytam, niekiedy zostawiam po prostu na moment kiedy najdzie mnie na nie ochota. Bo jeżeli o coś sama proszę, to czytam i recenzuję jak najszybciej, ale inaczej ma się rzecz z niespodziankami.
    A co do sprzedawania egzemplarzy, to jak najbardziej mamy do tego prawo - w końcu książka jest formą zapłaty za naszą pracę, za to, że recenzja pojawiła się na blogu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Według mnie to osobista sprawa każdego, nie powinniśmy narzucać innym ludziom co mają zrobić z książką ;) Swego czasu pewne wydawnictwo podsyłało mi sporo książek chyba niebędących oficjalnym wydaniem, z tyłu zaś miało wyraźnie napisane że to egzemplarz recenzencki. Nie sprzedawałam ich, a po prostu rozdałam w konkursach :D I chyba wszystkie strony były zadowolone.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze napisane! ;) Przecież po co książka ma leżeć na półce i zbierać kurz, kiedy może ją przeczytać kolejna osoba i jest spora szansa, że poleci ja innym? Też się przyczyni do reklamy. Blogerzy odwalają masę roboty, poświęcają wolny czas na napisanie recenzji i udostępnienie jej w necie, ale i tak "dostajemy książki za nic". Przykre to trochę.

    Zabookowany świat Pauli

    OdpowiedzUsuń
  7. No nie mogę z Ciebie, kobieto xDD
    Jakaś Ty wulgarna!
    Prawie jak ja <3
    Ostatnio słyszałam, że wydawnictwa przystawiają pieczątki, ponieważ wtedy nie muszą płacić jakiegoś tam podatki. Pewna blogerka nawet napisała do jednego z takich wydawnictw, aby nie stawiali tych pieczątek, bo to 1) paskudnie wygląda i 2) po prostu ich nie chce. To jej odpisali, że jasne, ale musi zapłacić sobie za nie podatek :)
    Uroczo. Aż na rzyg bierze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, nie słyszałam tej historii z podatkiem. Sprytne, sprytne.
      Ja? Wulgarna? Skądże! :))

      Usuń
    2. Takie mnie doszły słuchy, ale jak ze wszystkim, to tylko legendy xD
      No gdzieżby <3

      Usuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń