sobota, 6 października 2018

Książę na białym koniu? Wątpię. – Seria Royally (Emma Chase)

Jak możecie wiedzieć lub nie (a zapewne nie macie o niczym pojęcia, bo z tego właśnie powodu się tutaj nie odzywam), jakiś czas temu rozwaliłam sobie kolano. I uwierzcie mi lub nie, potem było o wiele gorzej; nadal sypie się na mnie lawina problemów, z których przykucie do łóżka stanowi ten najmniejszy. W skrócie: ochota na czytanie wraca mi dopiero teraz. Z całego serca przepraszam i Was, i ekipę z Filii, która od jakiegoś czasu czeka na swoje recenzje (kolejna będzie szybciorem, obiecuję, jest coraz lepiej).
Niemniej, powracam i nie zamęczam już Was swoimi prywatnymi problemami. Bardzo cieszę się, że w końcu tu jestem i choć z niezbyt długą, to z opinią o nie byle jakich książkach, bo, uwierzcie mi lub nie, ale były one... iście królewskie!



Nicholas Arthur Frederick Edward Pembrook, następca tronu Wessco, znany też jako Jego Seksowna Mość, jest niebywale czarujący, okrutnie przystojny i bezwstydnie arogancki – chociaż o to nietrudno, kiedy wszyscy kłaniają mu się w pas. 
Jednak pewnego śnieżnego wieczoru na Manhattanie książę poznaje piękną brunetkę, która nie postępuje jak reszta kobiet. Zamiast dygać, rzuca mu ciastem w twarz.
Nicholas pragnie dowiedzieć się, czy dziewczyna jest tak dobra jak jej wypiek. A królewski potomek przyzwyczajony jest, by dostawać wszystko, czego zapragnie.
Olivia Hammond nigdy nie marzyła, by spotykać się z księciem.
Królowa nie aprobuje szalenie nieodpowiednich wybryków dziedzica, nieustępliwi paparazzi ich śledzą, a opinia publiczna ocenia każdy krok. Choć rodzina królewska zmieniła karety na rolls-royce’y i już dawno nie ścięto nikomu głowy, to ich członkowie nie są skłonni zaakceptować zwykłej, przeciętnej dziewczyny.
Jednak dla Olivii młody mężczyzna wart jest wysiłku.


  Pierwszy tom serii Royally zaskoczył mnie przede wszystkim swoim humorem. To właśnie on buduje tę książkę i to dzięki niemu czyta się ją z niebywałą lekkością. Historia, opisana na jej kartach, nie wymaga od czytelnika zbytniego skupienia, ale dzięki idealnie wpasowanym żartom w zupełności go angażuje i sprawia, że strony lecą jedna po drugiej, a on nawet nie zauważa, kiedy przebrnął od jednej sceny do kolejnej. 

  Bohaterowie to istna wisienka na torcie. W zupełności podziwiam zwłaszcza wyszczekaną i zawziętą Olivię, ale pozostałe postacie wcale nie były gorsze. Pokochałam urok Nicholasa, nonszalanckie zachowania jego brata, nieco głupiutkie postępowanie ze strony Simona oraz wdzięk niesamowitej Franny. To jedna z tych powieści, w której bohaterowie grają główne skrzypce i sprawiają, że czytelnik, ciekaw ich dalszych losów, z czystym sumieniem sięga po kolejną część. 


  Sięgając po Księcia w wielkim mieście, musicie liczyć się z tym, iż jest to erotyk. I cóż, jak dla mnie, tych scen było nieco zbyt wiele, ale nie sprawiały, że krzywiłam się z obrzydzeniem. Czasem przewracałam strony, bo czułam się przytłoczona ich ilością, ale podziwiam autorkę za sposób, w jaki opisała uczucie, narastające w sercach naszych głównych bohaterów. Nie, Olivii wcale nie miękną nogi na widok przystojnego księcia, a już w ich pierwszej wspólnej scenie... daje do zrozumienia, że nie zna go i znać nie chce. 

  Ten tom to zdecydowanie lekkie czytadło. Spełnia swoją rolę całkowicie i przyznam, że będę go wspominać z przyjemnością, choć nie należę do zaciekłych fanek tego gatunku. Ogromnie się cieszę, że miałam możliwość sięgnąć po coś lekkiego w dość ciężkim dla mnie okresie i że pomogło mi się to nieco odprężyć. Takie książki są zdecydowanie potrzebne! 
Nie mogąc się oprzeć, od razu po skończeniu pierwszej części, sięgnęłam po drugą. O innych bohaterach, więc mogłam przeczytać je w odwrotnej kolejności, ale wolałam zachować chronologię. Co o niej sądzę? O tym za moment (podkreślam: mamy tu no spoilers zone). 



Henry Charles Albert Edgar Pembrook, książę Wessco, kocha być nieodpowiedzialnym i ani mu w głowie się zmieniać. Problem w tym, że jako członek rodziny królewskiej niewiele ma w tej sprawie do gadania. 
Królowa Lenora postanawia dać wnukowi nieco swobody, żeby ten mógł wreszcie poczuć ciężar związany z podejmowaniem samodzielnych decyzji. Ku zgrozie wszystkich jego pierwsze postanowienie wiąże się z… wzięciem udziału w randkowym reality show.
I tak dwadzieścia najpiękniejszych arystokratek rozpoczyna rywalizację o serce Henry’ego. Wśród zamkowej scenerii kandydatki nie zawahają się użyć całego swojego uroku, byle tylko usidlić niepokornego księcia i zdobyć brylantową tiarę. 
Tymczasem Henry dostrzega prawdziwe piękno w najbardziej niepozornej z nich. 
Sarah Mirabelle Zinnia Von Titebottum jest cicha i nie lubi się narzucać. O dziwo, to właśnie jej prostolinijność, siła i dobroć przykuwają uwagę Henry’ego. Nie bez znaczenia jest też sprośny humor, z którego słynie dziewczyna… 
Czy Sarah znajdzie sposób na nauczenie księcia odpowiedzialności?


  Tutaj ponownie nie zawiodłam się, jeśli chodzi o humor. Wręcz przeciwnie, można nawet powiedzieć, że nieco się zaskoczyłam, bo było go tu o wiele więcej i okazał się być bardziej na miejscu niż w pierwszym tomie. Miałam wrażenie, że żarty bardziej pasują do młodszego z braci niż do starszego, stąd taka a nie inna konkluzja. 

  Bohaterowie są wciąż niczym perła w pierścionku zaręczynowym. Przyjemnie było wrócić do śledzenia losów rodziny królewskiej i ich przyjaciół oraz bliskich. Do puli doskoczyła nam nieśmiała miłośniczka literatury czyli Sarah, która oczarowała mnie od początku do końca. Ta dziewczyna to istny anioł, którą każdy mężczyzna powinien całować po stopach za to, co dla niego robi.

  Ta powieść jest nieco inna od pierwszego tomu. Od historii bije większa powaga, choć, jak wspomniałam, humoru tu nie braknie, nawet tego sprośnego. Henry i Sarah to osoby po przejściach, dwie dusze, które najpierw muszą się dotrzeć, by móc stworzyć udany związek. Krok po kroku odkrywają się nawzajem, leczą swoje rany, a dopiero później przychodzi czas na przyjemności, potocznie zwane bzykankiem.


  Właśnie dlatego w tej książce było mniej scen erotycznych i okazały się one bardziej subtelne niż w pierwszej odsłonie książęcych przygód. Cieszę się, że autorka najpierw dała się poznać tej dwójce i że nie wpakowała ich do łóżka przy pierwszej okazji (choć, właściwie wpakowała, ale o tym musicie przekonać się już sami). 

  Słowem podsumowania, oba tomy tej serii to naprawdę dobre lektury na odmóżdżenie. Jeśli znacie styl pisania Emmy Chase, doskonale wiecie, co mam na myśli. Z jednej strony nie mamy do czynienia z wielce angażującymi powieściami, ale nie możemy się od nich oderwać, bo bohaterowie oraz humor przyciągają nas do nich niczym ogromne magnesy. Kobietki (mam wrażenie, że to do Was się zwracam), kupcie te pozycje i odprężcie się na parę godzin na sofie, myśląc o swoim księciu z bajki. 
Książki oceniłam kolejno na 6/10 oraz 7/10. 

Muzycznie

Za możliwość zrecenzowania powieści oraz zaufanie dziękuję Wydawnictwu Filia!

2 komentarze:

  1. Jakoś nie miałam w planach czytać Księcia w wielkim mieście. Chyba nie czytałam zbyt dobrych opinii, tak mi się wydaje, albo nie pamiętam. :) Ale wiesz, mam ochotę na tę książkę. Humor jest, co w książkach kocham. Super postacie? Dziękuję, to wystarczy, idę kupować. :) Albo najpierw spróbuję wypożyczyć. :D
    potegaksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Kojarzy mi się to z jednym filmem, ale tytułu nie pamiętam. Tradycyjnie. Jednak przekonałaś mnie, żeby przeczytać te książki. Obie są warte uwagi, a gdy w książce pojawia się humor, ja powinnam być pierwsza w kolejce po nią. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałam co tracę. Postaram się zmienić :D
    POCZYTAJ ZE MNĄ

    OdpowiedzUsuń