czwartek, 6 grudnia 2018

O książkach, zbieractwie i czytaniu z mojej perspektywy.

Na wstępie podkreślę, że nie uważam się za książkoholika/mola książkowego/pożeracza powieści/dowolne określenie na osobę, która jest uzależniona od czytania. Jestem człowiekiem wielu pasji: uwielbiam pisać, rysować, grać na gitarze, słuchać muzyki (szczególnie na koncertach), gotować (jestem zafiksowana w sport i zdrowe żywienie), podróżować oraz czytać. Mam ambiwertyczną duszę, bo choć imprezy nie są moją domeną, nie należę również do osób, które siedziałyby w domu pod kocem z kubkiem herbaty w ręku i połykały opasłe tomiszcza. No... nie. W moim życiu musi się coś dziać. 



Moja witryna z książkami ma dosłownie cztery półki i choć niemal wszystkie są zastawione, nie uważam, bym miała dużo książek. Wiem, że wiele osób, które posiadają ogromne zbiory odnosi podobne wrażenie, ale ja naprawdę nie mam wielkiej kolekcji. W moim domu znajduje się zaledwie kilkadziesiąt powieści. Może mam dziwne podejście do całej sprawy, ale nie odczuwam potrzeby zbierania. Wszystko, co zajmuje zaszczytną pozycję na moim regale, ma dla mnie jakieś znaczenie; każdy tytuł, który tam stoi, zmienił coś w moim życiu. Ja nie kolekcjonuję książek, bo ładnie wyglądają. Jest to dla mnie kompletne marnowanie przestrzeni. Po co mam trzymać gnioty, do których nigdy nie wrócę?

Staram się regularnie pakować powieści w kartony i albo je oddawać, albo sprzedawać: nawet te, które mi się podobały, które przyjemnie mi się czytało. Zostawiam tylko te, dzięki którym zaczęłam patrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy albo te, z którymi wiążę za dużo pozytywnych wspomnień, by się z nimi rozstać. Jeśli nie zamierzam robić rereadingu, to po co mi kolejne trzysta stron, które tylko zajmują miejsce na mojej półce? Żeby jeszcze były jakoś zjawiskowo wydane, to rozumiem. 


W dzisiejszych czasach książki są drogie. O ile można kupić je ładnie przecenione w księgarniach internetowych, o tyle przeważnie płacimy powyżej dwudziestu złotych za jedną książkę. I zgadzam się, można wybrać dostawę do punktu, ale nie każdy ma w pobliżu księgarnię, a jeśli chce, by powieść dotarła do miejsca jego zamieszkania, musi zapłacić jeszcze dychę za przesyłkę. Gdy zamawia się jedną pozycję, na dobrą sprawę jest to nieopłacalne, bo z dwóch dyszek robią się trzy. Dodajesz kolejny tytuł? Masz ich już pięć. Wiecie co można kupić za pół stówki? Pięć kilo kiełbasy. 

Rozumiem, że ludzie mają różne pasje. Niektórzy zbierają kubki w kształcie sówek, inni znaczki z panoramą Wrocławia, a jeszcze inni właśnie książki. Ale na litość boską. Gdy ktoś przychodzi do mojego domu i po raz kolejny pyta, czemu mam tak mało książek, skoro czytam po trzy-cztery tygodniowo, zaciskam zęby i ledwo powstrzymuję się przed palnięciem go w łeb. To, co stoi na mojej półce to tylko i wyłącznie moja sprawa. Mogę czytać erotyki, a w witrynce trzymać Dostojewskiego, Kafkę i Tartt. Bo. Kto. Mi. Zabroni.


,,Po co prosisz o książki, skoro i tak później je sprzedajesz?"
,,Mogłabyś mieć ślicznie zastawione półki i przed każdym się nimi chwalić."
,,Dlaczego oddajesz to, co ci się podobało?"
Bo. Mogę. 
W mojej opinii książki łapią jedynie kurz. Jeśli mają być siedziskiem dla moli i mam nie ruszać ich przez resztę życia, wolę je sprzedać, zrobić komuś przyjemność i za otrzymane pieniądze kupić coś, co nie będzie się marnować. Obecnie zbieram na gitarę elektryczną, to cacko kosztuje prawie trzy tysiące. Cacko, którego BĘDĘ UŻYWAĆ. 

Już kiedyś wypowiadałam się na temat sprzedawania egzemplarzy recenzenckich. Piszę recenzję + czytam daną powieść = poświęcam swój czas = książka należy do mnie. Mogę ją oddać do biblioteki, mogę ją sprzedać, mogę ją wyrzucić, mogę nią wyłożyć kuwetę kotu i nic komukolwiek do tego. 
Krew zalewa mnie, kiedy ktoś przychodzi do mnie do domu, patrzy na moją biblioteczkę, wzrusza ramionami i stwierdza, że spodziewał się czegoś innego. Kurdebele, czy na tym świecie każdy musi mieć jakąś nalepkę?


Przestańcie rozliczać kogoś z tego, co powinien robić, a czego nie powinien. Bo takie pokazywanie palcami i mówienie: ,,O, a mówiłaś, że czytasz książki" charakteryzuje się brakiem ogłady. 
Obcym ludziom do domów bez pukania też włazicie?

Done. 

5 komentarzy:

  1. Zazdroszczę wielu pasji :D ja co prawda uwielbiam nie tylko czytanie, ale zdecydowanie jest to mój główny konik :)

    Pozdrawiam,
    Ksiazkowa-przystan.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Można powiedzieć, że moje podejście do książek jest bliskie twojemu. Zrobiłam ostatnio porządek, żeby sprzedać kilka z nich i mieć pieniążki na prezenty na święta, ale z niektórymi trudno mi się rozstać. Mimo wszystko jestem sentymentalna, ale też nie mam dużo książek, tylko te najpiękniejsze i najlepsze <3 Oczywiście dla mnie. Zobaczymy co z tego wyjdzie... ale kupowanie książek jest trochę bezcelowe. Jako prezent ok, bo najłatwiejszy prezent, ale po to żeby przeczytać ją raz i zostawić do zapomnienia? Bez sensu. Tak jakby traci swoją wartość, jeśli wiesz o co mi chodzi :)
    POCZYTAJ ZE MNĄ

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli o mnie chodzi, to sprawa wygląda dość podobnie. Jak na osobę mającą bloga głównie o książkach i ogólnie obracającą się w świecie książek, mam ich dość niewiele. Ale to bierze się nie tyle z tego, że książki oddaję/sprzedaję (chociaż to też), ale też z tego, że mało ich kupuję. Jeśli wiem, że dana książka prawdopodobnie nie będzie 8 cudem świata, to najzwyczajniej w świecie wystarczy mi pożyczenie jej od koleżanki czy z biblioteki. I co prawda marzy mi się wielka biblioteczka, ale właśnie pełna dobrych książek, a nie wszystkiego co popadnie.
    xoxo
    L. (http://slowotok-laury.blogspot.com/)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie opisane. Cenię Cię za szczerość, bo nie każdy jest w stanie odważyć się i napisać, to co właśnie Ty w tej chwili. Ale dlatego właśnie jestem stałą czytelniczką! A przynajmniej w wolnych chwilach. :) No i przede wszystkim - zgadzam się z Twoją opinią!

    Zapraszam do siebie > https://hiddenxguns.blogspot.com/2018/12/filmy-swiateczne-od-netflix-ktore-warto.html

    OdpowiedzUsuń