czwartek, 11 kwietnia 2019

Czy książka z wątkiem romantycznym może czymś zaskoczyć? – Słodki drań + Inna Blue

Dzisiaj przybywam do Was z opinią o książkach, o których... zapomniałam. Mogłoby wydawać się, że nie wróży to zbyt dobrze dla tych tytułów i że recenzja będzie raczej niepochlebna. Nic bardziej mylnego! Nawał wydarzeń, które otaczają mnie z każdej strony, sprawił, że mam wrażenie, jakby z głowy wypadł mi cały świat. Niemniej. Naprawiam już swój błąd (postaram się też, żebyście dostali jeszcze jedną recenzję na początku tego tygodnia, choć tego nie obiecuję) i oznajmiam Wam od progu: tak, pozycje, o których będzie dziś mowa, zaskoczyły mnie pozytywnie, nie negatywnie. I, uwierzcie mi, choć wyleciała mi z głowy sama recenzja, nie stało się tak z tymi historiami. Obie miały w sobie coś wyjątkowego.




Aubrey chciała jedynie uciec przed swoją przeszłością. Wyjazd miał być dla niej szansą na lepsze życie, lepszą pracę, lepszy początek. Nie spodziewała się jednak, że na drodze stanie jej zarozumiały motocyklista, Chance. Jako że środek transportu mężczyzny się psuje, Aubrey ma problemy z autem, a oboje zmierzają w jednym kierunku, koniec końców zmuszeni są, by w dalszą podróż wyruszyć w swoim towarzystwie. Gdzieś po drodze para odkrywa samych siebie i zaczyna łączyć ich coś więcej niż samochód, który muszą dzielić.

Poprosiłam o Słodkiego Drania, bo bardzo dużo słyszałam o książkach Vi Keeland i choć nie byłam do końca pewna, jak poradzi sobie w duecie z inną autorką (a doświadczenia z historiami pisanymi w parze mam dość kiepskie), uznałam, że będzie to świetna historia na rozluźnienie. Po przykrych doświadczeniach z poprzednim tytułem z literatury erotycznej, który, na nieszczęście, wpadł w moje ręce, błagałam, by nie był to kolejny gniot tego pokroju.

Ku mojej uciesze, te żarliwe modlitwy zostały wysłuchane.

Bohaterowie tej książki to najbardziej pozytywny aspekt całej historii. To właśnie oni tworzą tę opowieść i to dla nich chce się brnąć w jej głąb, mimo wysypu schematów. Aubrey i Chance to para niesamowita, a przede wszystkim ogromnie charyzmatyczna. Dla mnie, osobiście, dobra postać to postać, która rzeczywiście mogłaby żyć, taka, z którą mogłabym nawiązać jakieś relacje. Dokładnie to dostałam w tej powieści.

A relacja bohaterów z... kozą to coś wybitnego! Nie mam pojęcia, która z pań wpadła na ten wątek, ale należą jej się ogromne brawa, ponieważ, powiadam wam, koza ta jest najlepszą z kóz, o jakich ostatnio czytałam i wątpię, by inna prędko zepchnęła ją z piedestału.



Chcąc odpowiedzieć sobie na pytanie z tytułu: ,,Czy książka z wątkiem romantycznym może czymś zaskoczyć?". W tym przypadku i tak, i nie. Wprawdzie dostajemy najprostsze schematy, zakończenie, od którego można złapać cukrzycę i dość standardowych (choć przekochanych) bohaterów, ale autorki postarały się, by to wszystko zostało ukazane w dość niecodzienny sposób. Opowieść jest banalna do szpiku kości, jednak w pewnym sensie czegoś uczy i, uwaga, stara się coś przekazać. Nie jest erotycznym bełkotem, nie jest głupia, nie należy do grona powieści z wątkiem seksualnym, do których wypadałoby podejść z krucyfiksem albo wcale. 

Szczerze mówiąc, o erotykach zapominam dość szybko. W tym przypadku jednak się tak nie stało. Słodki drań to pozycja, po którą warto sięgnąć, coś, co nie wylatuje z głowy czytelnika przez dłuższy czas, coś, co za każdym razem, gdy tylko się o tym pomyśli, wywołuje uśmiech na twarzy. Lekka, przyjemna, w sam raz na jeden wieczór. 


Tytuł: Słodki drań

Autor: Vi Keeland/Penelope Ward

Liczba stron: 296

Wydawnictwo: Editio Red

Rok wydania: 2019

Ocena: 6/10 (niezła)


Przeciwieństwem lekkiego romansu jest jednak kolejny tytuł, o którym dziś Wam powiem. Należy do najbardziej specyficznych oraz wyjątkowych powieści, jakie czytałam w tym roku. Dlaczego więc nie oceniłam tego tytułu wyżej? O tym za chwilę.


Blue Echohawk nie ma pojęcia, kim jest. Nie wie, jak ma na imię oraz nie może stwierdzić, kiedy tak naprawdę się urodziła. Może jedynie przypuszczać, że ma dziewiętnaście lat, jednak nie czuje się przynależna do żadnego środowiska. Zmienia się to jednak, gdy zauważa ją nowy nauczyciel, Wilson, który w pewien sposób do niej przemawia. Z czasem ich znajomość przeradza się w coś więcej niż relację ,,uczennica-nauczyciel". 

Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, po co sięgam, decydując się na ten tytuł, jednak przygarnęłam go, bo moją uwagę przykuło nazwisko autorki. Przed Inną Blue nie miałam okazji, by przeczytać cokolwiek od tej autorki, a bardzo chciałam to zrobić, jednak nigdy nie było mi z nią jakoś po drodze. Postanowiłam, że podejdę do niej bez oczekiwań, stawiając przed nią całkowicie czystą kartę. I, cóż... Zaskoczyłam się, to na pewno.

Wiecie, ja nie czytałam opisu z tyłu. Nie miałam pojęcia, co dostanę. Zaczęło się klimatycznie, wręcz bardzo, bo od morderstwa, więc już od pierwszych stron zaczął towarzyszyć mi dreszczyk emocji. Potem jednak zauważyłam, że relacja między Blue a Wilsonem skrzętnie podąża w kierunku, który niezbyt mi się spodobał. Nie przepadam za wątkiem, gdy to uczennica zakochuje się w nauczycielu, nawet wybitnie młodym i nieziemsko przystojnym. Tutaj jednak relacja ta nie wtoczyła się bezpośrednio na niepożądane tory i, cóż, nie powiem, że mi nie przeszkadzała, ale nie stanowiła ogromnej przeszkody.


Jestem zdania, że o tej powieści nie powinno mówić się zbyt wiele, bo i za dużo można tym samym zdradzić. Trzeba wyczuć, gdzie leży odpowiedni punkt. W książce tej dostajemy bowiem ogrom metafor. Choć wątek z kosem i jastrzębiem od początku przypadł mi do gustu, a i nawet przy końcówce wciąż dostrzegałam w nim coś niezwykłego, jestem zdania, że przenośni było w Innej Blue za dużo. Widzę, w jaką stronę próbowała podążyć autorka i choć połowicznie jej to wyszło, ostatecznie okazało się, że tego wszystkiego jest zwyczajnie przesyt. 

Nie ujmuję temu, że ten tytuł należy do najbardziej wyjątkowych, jakie czytałam, ale subtelny błysk to jedno, a łuna światła z latarni to drugie. Może, gdyby ktoś dawkował tę książkę oraz czytał ją powoli, doznałby lepszych wrażeń? Nie zaprzeczam. 

Tytuł: Inna Blue

Autor: Amy Harmon

Liczba stron: 304

Wydawnictwo: Editio Red

Rok wydania: 2019

Ocena: 6/10



Obie powieści, które Wam dziś zrecenzowałam należą do wyjątkowych i nie wykluczam, iż obie znajdą swoich pasjonatów. Być może będziesz to akurat Ty. 

Muzycznie

Za zaufanie oraz możliwość przeczytania obu tytułów dziękuję Wydawnictwu Editio!

5 komentarzy:

  1. Będę musiała sięgnąć po te książki, szczególnie interesuje mnie "Inna Blue" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie zgadzam się co do Słodkiego drania. Niby banalne, schematyczne, a jednak ta książka ma w sobie coś wyjątkowego i nawet prawdziwego. Bardzo mi się podobała.
    Inną Blue uwielbiam. Mi nie przeszkadzała ilość metafor, tak naprawdę uwielbiałam, gdy pojawiały się nowe legendy i historie, dla mnie to było coś wyjątkowego. Jeśli chodzi o relację uczeń-nauczyciel, dla mnie było to bardzo delikatne, tak naprawdę w ogóle nie było widać niczego na początku, że między nimi coś będzie. To wszystko rozwijało się tak.. naturalnie, co było dla mnie super rozwiązaniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezłe, niezłe :) W sam raz na leniwe popołudnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Inna Blue" widnieje na mojej liście, w najbliższym czasie będę chciała ją przygarnąć do swojej kolekcji :D

    Pozdrawiam,
    Fantastic Chapter

    OdpowiedzUsuń
  5. Harmon ma to do siebie, że rzuca mnóstwem metafor ;) Można to lubić albo po prostu przymykam oko ;)

    Czytałam jej trzy poprzednie książki i chyba największy sentyment mam do "Prawa Mojżesza", spróbuj, może Ci się spodoba ;)

    Pozdrawiam ciepło,
    Paulina z naksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń